Skomplikowana sytuacja polskich dziennikarzy po Tragedii Smoleńskiej to jedno, taktyka właścicieli polskich mediów – z ich nawykami przemilczania zdarzeń najistotniejszych – drugie, wydarzenia 10.04.2010 roku … trzecie. Wróćmy na chwilę do tych wydarzeń.

Na początek uwaga metodologiczna. Tragedia Smoleńska zyskała już w polskiej historii wymiar porównywalny z odkryciem „czarnej dziury” w Kosmosie. Tak jak odkrycie tajemniczego obiektu we wszechświecie pozwalało potwierdzić wszystkie wnioski teorii Einsteina, tak Tragedia Smoleńska, nasza poznawcza „czarna dziura”, stanie się w najbliższej przyszłości centralnym punktem ułatwiającym pełne zrozumienie współczesnego polskiego losu - stanu polskiej kultury, gospodarki, polityki i społeczeństwa … Tragedia Smoleńska przeanalizowana dogłębnie pozwoli Polakom zrozumieć wszystko.

Analogia do „czarnej dziury” okazuje się w zdarzeniach 10.04. aż nadto wyrazista. Pozwala nam na ujawnienie istoty tajemniczego zjawiska. Na odkrycie jego przebiegu, na znalezienie – pomimo wielu zasłon – precyzyjnego, wręcz matematycznego opisu całego zdarzenia. Na miejscu inteligentniejszych obserwatorów, zwłaszcza wnikliwych analityków  „katastrofy”, już dzisiaj zabrałbym się za studiowanie historii nauki. W tym wybranych zagadnień fizyki matematycznej, astrofizyki. Osoby, które do samokształcenia, do poznawania historii „czarnych dziur” w kosmosie i w nauce dobrowolnie przystąpią, będą wprost porażone siłą nasuwających się analogii. Nie zdziwiłbym się, gdyby w przyszłości się okazało, że scenarzystą niezwykłej gmatwaniny poznawczej, której doświadczamy, także chaosu społecznego, jaki obserwujemy we wszystkich wymiarach polskiego życia, był jakiś rosyjski matematyk, może astrofizyk z zapomnianego poligonu zagubionego na dalekiej rosyjskiej prowincji. Z pewnością nie humanista.

W poprzednich 10-ciu notkach (opublikowanych na salonie24) opisana została wyczerpująco - jak na obecny stan naszej wiedzy - zagadka „katastrofy smoleńskiej”. Zostawmy na chwilę rozstrzygnięcie, czy prawdziwa okaże się w przyszłości hipoteza „jednego miejsca zdarzenia”, czy raczej „dwóch” (moim zdaniem ta druga). Nie jest to dzisiaj istotne. Najważniejsze pytanie dotyczy zupełnie innej kwestii – dlaczego Rosjanie tak usilnie, od samego początku, sugerują nam zamach?

Gdyby ktokolwiek miał wątpliwości co do trafności wyżej postawionego pytania, uprzejmie proszę o zapoznanie się z komentarzami inteligentnych internautów do wcześniejszych wpisów. Z podaną w nich argumentacją. Zaczynając od notki pierwszej, na wymownym przykładzie „zerwanej” linii energetycznej w Smoleńsku, na dwie minuty przed „katastrofą”, kończąc. Warto przy tej lekturze przypomnieć sobie wszelkie obserwowane, a tak naprawdę zapamiętane z mediów, fakty. Czyli to wszystko, co widzieliśmy na ekranach telewizorów, na łamach polskich gazet od 10.04.2010 roku.

Dlaczego Rosjanie uparli się, żeby podsuwać nam pod nos hipotezę zamachu?

Oto moja odpowiedź – ponieważ strategia ta okazuje się dziś skuteczna. Jest wręcz genialna. Umożliwia dzielenie polskiego społeczeństwa. Dzielenie niezwykle głębokie. I to nie tylko według prostego, oczywistego kryterium na niezbyt gramotnych, mówiąc delikatnie, wierzących w „katastrofę” oraz tych bystrzejszych, którzy mają w sprawie „katastrofy” wątpliwości. Proces, który nam zafundowano, wydaje się o wiele bardziej złożony. Otóż do „niespecjalnie bystrych” (trudno za umysłowo sprawną uznać osobę, która pomimo setek faktów wskazujących na zamach dalej wierzy w katastrofę) dołączają spontanicznie ochotnicy ze skrywanymi dyskretnie wątpliwościami. Po nich pojawiają się warstwy następne.

Wyobraźmy sobie wirującego bączka. Coś w rodzaju waty cukrowej kręconej na patyku, której oś stanowią ludzie z natury „ociężali umysłowo”. A potem, już w trakcie obracania patykiem wokół punktu centralnego dołączają do nich warstwy kolejne. Pierwsza dołączyła do „niemądrych” „grupa cwaniaczków”, mentalni spadkobiercy PRL-u – ze swoim wygodnictwem, zakłamaniem, lizusostwem … Literatura sowietologiczna wypełniona jest opisem podobnych osób. Następna warstwa, to „ochotnicy przymusowi” – posiadacze niespłaconych kredytów, uwikłani w określone układy w pracy, w środowisku, w rodzinie. Ci wszyscy, którzy uważają, że ich egzystencja będzie zagrożona, o ile spróbują Tragedii Smoleńskiej zbyt uważnie się przyglądać. Mam tu na myśli ludzi, którzy jedynie udają „ociężałych umysłowo” (często z sukcesami) - z powodów egzystencjalnych, psychologicznych, mentalnych; ewentualnie ze względu na panującą modę. Dołączają jak sądzą do większości, bo po prostu chcą się gdzieś schować, przytulić, próbują niepostrzeżenie w modnym otoczeniu przetrwać. Z obserwacji wynika, że przedstawicieli tej ostatniej grupy jest zdecydowanie najwięcej.

Zarówno wśród „ochotników przymusowych”, jak i wśród „ociężałych umysłowo” znaleźć też możemy niezwykle dla nas interesujący zbiór „dziennikarzy”. Jedną z ważniejszych grup społecznych, wywierającą niezwykle silny wpływ na sposób pojmowania świata przez pozostałych. Jednocześnie niczym od pozostałych się nie różniącą. Zanim jednak zabierzemy się za analizowanie ważnego środowiska wspomnijmy jeszcze o … „elicie”. O grupie zdecydowanie najbardziej w Polsce zdemoralizowanej, rozlazłej, o najniższych najczęściej kwalifikacjach zawodowych. Tak to sobie zaplanowali rosyjscy reżyserzy. I tak to się w Polsce poukładało.

Odnieść można wrażenie, że polska „elita”, ci wszyscy „celebryci” z zaplecza Tuska i Komorowskiego zupełnie nie zdają sobie sprawy z własnej sytuacji. Oto Rosjanie robią z nich jawnie durniów. Po Tragedii Smoleńskiej bardzo wyraźnie pokazują nam – wskazując na polskiego Prezydenta, wytykając palcem polskiego Premiera - że mamy do czynienia z polskimi idiotami, którymi bez problemu można pomiatać. Gorzej – Rosjanie dają całemu światu do zrozumienia, że Polakami rządzą aktualnie szmaty pozbawione honoru. Obszczymurki najniższego gatunku, którym można bez żadnych konsekwencji napluć w twarz, klepnąć ich po glacy, nasikać im na nogawki. Innymi słowy w polskich warstwach przywódczych znaleźli się – według rosyjskiej narracji - ludzie, których nikt na świecie nie powinien traktować, zwłaszcza po Tragedii Smoleńskiej, poważnie. I których serio traktują wyłącznie ich rodacy. Dlatego zabójstwa polskiego Prezydenta, polskich generałów, zdaniem rosyjskich polityków nie ma sensu wyjaśniać. Ani Polakom czarnych skrzynek oddawać.

Obywatele znad Wisły patrzą na to spokojnie. Obojętnie wszystko łykają, by w końcu wyraźnie dać Putinowi do zrozumienia, że niejedno są gotowi jeszcze przełknąć. Są – mówiąc najprościej – otwarci na dalsze propozycje. Nie widzą problemu. Co więcej, ponownie wybiorą swoje „elity” w najbliższych wyborach parlamentarnych. Wystarczy postraszyć ich Kaczyńskim, wystarczy pomachać im przed nosem PiS-em. Niczego więcej nie trzeba, żeby magister Donald Tusk najbliższe wybory w Polsce wygrał. I świat powinien to zobaczyć, by wreszcie zrozumieć, jak dziwny to naród – Polacy. Jak zmanipulowany, jak tchórzliwy i … jak już zeszmacony. Tak o nas myślą – może i słusznie – analitycy Kremla.  

Cóż wynika z faktu konstruowania osobliwego „mejnstrimu” w Polsce? „Mejnstrimu” złożonego przede wszystkim z „młodzieży z Fiejsbuka”? Do czego może doprowadzić pracowite lepienie w Polsce przez Rosjan waty cukrowej na patyku? Czyli ...  konstruowanie politycznej, społecznej i światopoglądowej większości wokół jednej osi. Wokół ludzi „ociężałych umysłowo”. Wokół – mówiąc potocznie – ludzi głupich. Był to proces szczególnie widoczny po roku 2007-ym,  bijący wręcz po oczach po 10 kwietnia 2010, zwłaszcza w trakcie zwycięskiej kampanii prezydenckiej mgr Bronisława Komorowskiego, na nasze nieszczęście nabierający dodatkowego przyspieszenia dzisiaj. Otóż z tego jednego prostego faktu promowania w Polsce ludzi tępych wynika dziś wszystko – pożądany w Moskwie podział elit, podział środowiska dziennikarskiego, podziały w poszczególnych grupach zawodowych. Wszędzie obserwujemy to samo – wokół najgłupszych, najmniej inteligentnych, zazwyczaj sympatyków Tuska, wokół ludzi podobnych do Niesiołowskiego i Kuca, natychmiast owijają się „cwaniaczki”, następnie „wystraszeni” oraz „wpływowi”. W warstwie zewnętrznej dokleja się do tego towarzystwa „elita”. I tak ukręcona wata cukrowa tworzy większość pod hasłem: „to była katastrofa”. A gdy bystrzejsi, ci bardziej oczytani i co tu ukrywać, mądrzejsi, próbują przekonywać, otrzymują na starcie twardą ripostę – „wygraj wybory pisowcu, to się będziesz mądrzył”. W wersji inteligenckiej brzmi to nieco łagodniej – „dopóki polska i rosyjska komisja nie stwierdzą, że to był zamach, my uważamy, że była to katastrofa.” Pomijają przy tym fakt najprostszy – przecież Rosjanie pochowali u siebie wszystkie dowody. Wszystkie, co do jednego. I nie mają zamiaru Polsce jej własności nigdy zwrócić. Tymczasem polski rząd – potulnie wykonując polecenia rosyjskich funkcjonariuszy – o tę własność się nie upomina. Co więcej, zabronił komukolwiek otwierać trumny ze szczątkami ofiar. Zabronił szczątki badać. Maksymalnie przeciąga rozpatrywanie wniosków o ekshumacje, unika przesłuchiwania najważniejszych świadków, publikacji polskiego raportu … Robi jednym słowem wszystko, żeby śledztwo, choćby skurczone do polskiego obszaru, do lotniska Okęcie, maksymalnie odsunąć w czasie. Tymczasem Rosjanie nie tylko – mówiąc potocznie - kłamią. Oni zamienili w przedziwną, żeby nie powiedzieć w ruską, zabawę proces dochodzenia do prawdy. Co gorsza, tuskowi „żołnierze” w zabawie Władymira Putina czynnie uczestniczą. I nie tylko oni. Mejnstrim także.

Powiedzmy sobie szczerze – dialog z ociężałymi umysłowo jest trudny. Rosyjska sztuczka po 10 Kwietnia udała się Rosjanom wybitnie. Polegała na wywołaniu dodatkowego ciekawego zjawiska – upokorzenia polskich „elit”. Posowieckie, agenturalne jakże często „warstwy przywódcze” nie tylko przewodzą dziś polskim półinteligentom, nie tylko stają na czele motłochu, ale stopniowo, krok po kroku, codziennie kłamiąc i klucząc, same stają się głupie. Same stają się motłochem. Równie dotkliwego skutku strategii przyjętej przez Rosjan nikt inny by chyba nie wymyślił. Na taki pomysł mogli wpaść wyłącznie ludzie oswojeni z dobrą literaturą. Tak oto, poddając się bez oporu rosyjskiej grze protuskowe środowiska nie były w stanie własnej degradacji przewidzieć. Któż bowiem chciałby dobrowolnie, pod koniec swojego długiego i barwnego życia stać się na oczach wszystkich - w tym własnych znajomych, sąsiadów, a nawet dzieci na podwórku - prymitywnym, oczywistym głupkiem? Na dodatek takim, z którego drwi sobie cały świat? W ten kanał polskie posowieckie „elity” zostały wpuszczone przez Władymira Putina. I tak łatwo z kanału nie wyjdą. Bo i jak? Mają przyznać, że mataczyli w sprawie Tragedii Smoleńskiej? Że wstrzymywali polskie śledztwo? Że sami na wszystko, co z nimi dziś Rosjanie robią, z radością od początku się godzili? 

Cóż mają zatem począć nasze postkomuszki nieudane? Czy naprawdę powinni ujawnić uwikłanie aktualnej władzy? Uwikłanie – jak wiemy - nie tylko w matactwo? A może pociągnąć „swoich” do odpowiedzialności? Ale jak? I ilu z nich wówczas, z dzisiejszych polskich uprzywilejowanych, zostanie? Jakby nie patrzeć, prominentni platformersi siedzą w g … po uszy. Co więcej, wcale nie zamierzają swojego ciepłego miejsca opuszczać. Cóż, taka jest cena przywilejów i sławy.

Co na to polscy dziennikarze? Jak nam polską rzeczywistość opisują? Czy nasi intelektualiści na odcinku dziennikarstwa odnaleźli się już w całym tym poplątaniu? To zależy kim są oraz z jakich mediów pochodzą. Media można podzielić na:

1. mainstream,

2. media towarzyszące,

3. media niezależne,

4. blogosferę.

Jako podstawowe kryterium oceny każdej z w/w grup przyjęliśmy … ich stosunek do Tragedii Smoleńskiej. Zacznijmy od „mejnstrimu”. Otóż w „głównym nurcie” obowiązuje strategia spychania każdej poważniejszej rozmowy na poziom kłótni z kierownikiem GS-u. W niedzielnym wydaniu karczemna awantura przykrywana jest tematem zastępczym. Na przykład omówieniem najnowszych problemów osobistych Muchy. W „mejnstrimie” na temat Tragedii w dalszym ciągu króluje wersja dla idiotów. Żywcem ściągnięta z raportu MAK. Teoria całkowicie oderwana od rzeczywistości. Także od logiki, od poczucia zdrowego rozsądku, od elementarnej powagi. W mediach głównego nurtu można bez narażenia się na śmieszność rozwodzić się (w nieskończoność) o relacjach psychologicznych pomiędzy uczestnikami tragicznego lotu.

Media towarzyszące - rozmaite „Gale”, „Panie domu”, „Życie na gorąco” … -  nie muszą w tej sytuacji „udawać wariata”. Z zasady nie zajmują się polityką ani sytuacją społeczną. Nikt tam w związku z ich ograniczeniem żadnych opinii nie szuka.

Nas interesują w powstałej sytuacji wyłącznie media niezależne. Także blogosfera.

Trudno byłoby formułować jakiekolwiek krytyczne uwagi w stronę mediów obywatelskich. Należy im się nasz szacunek. Dziennikarze tam pracujący udzielają się intensywnie społecznie, robią naprawdę wszystko co w ich mocy, żeby polską sytuację, w tym Tragedię Smoleńską, rzetelnie opisać. To samo można powiedzieć o blogosferze. Z drobnymi uwagami – blogerzy łatwo poddają się marginalizacji. Zbyt szybko pozwalają spychać siebie na wąskie tory dyskusji dla zamkniętych środowisk.

I uwaga druga – niektórzy z publikujących stanowczo za często odnoszą się do „mejnstrimu”. Mówiąc wprost do rynsztoka. Tego typu punkt odniesienia okazuje się całkowicie jałowy. Jest przy tym dla odradzającej się polskiej publicystyki deprecjonujący. Musimy znaleźć w obliczu rozszerzającego się posowieckiego szamba własne, oryginalne formy wyrazu.